Batman vs Spiderman

Batman vs Spiderman

Szkoła podstawowa była okresem przejściowym od dzieciństwa do typowej nastoletniości pod wieloma względami. Stare znajomości jeszcze dobrze się trzymały, mimo przeprowadzki, bania była pełna pomysłów, a żeby pojeździć rowerem nie trzeba było żadnego konkretnego powodu. W tym wpisie i pewnie następnym zbiorę kilka krótszych wspomnień ze szkolnych początków, które jeszcze zaliczają się do tych, które może warto spisać.

Od czasów poprzedniego mieszkania, w którym pierwszy raz obejrzałem Gwizdnę Wojny do przedszkola, po którym trochę spadło moje zainteresowanie twórczością Lucasa, starą trylogię obejrzałem spokojnie ponad 10 razy (pozwolenie mi na to było według mojej mamy jej największym błędem wychowawczym). Ta niezdrowa dawka sci-fi sprawiła, że moje rysunki rycerzy, na pewien czas zastąpione zostały szkicami Vadera (prawdziwie niezdrową dawką było jednak Toy Story, które według doniesień rodziców oglądałem jeszcze częściej). W każdym razie rysunek zawsze zaczynałem od głowy, bo najlepiej mi wychodziła, a ciało często zostawiałem tacie do dorysowania, bo ja miałem problemy z proporcją.

Teraz słuchajcie, Vader był najfajniejszą postacią w moim drugim najbardziej ulubionym filmie, a właściwie trzech. To jest pozycja otoczona wielkim szacunkiem w głowie małego Kubusia, mniej więcej jak papież Jan Paweł dla Polaków, jak Lenin dla Rosjan, księżna Diana dla Angoli i Guinness dla Irlandczyków. Big deal generalnie, a mój zabawny ojciec raz dorysował do wyjątkowo udanej głowy wyjątkowego złoczyńcy ciało pospolitej gęsi. Było to dla mnie tak śmieszne, że z oczu poleciała mi woda, a z gardła wydobył się piękny sopran. Do dzisiaj sprawca tego incydentu i jego żona opowiadają tą historię jak tylko ktoś poruszy temat rysowania.

Tradycja wypadów do Hiszpanii z rodziną Konrada trwała dalej, jeszcze do początków sześcioklasowej drogi (podstawówki) i na jednym z takich wyjazdów zrozumiałem, że jednak wielkość ma znaczenie. Kiedyś rodzice zabrali nas do sklepu z zabawkami i mogliśmy wybrać sobie jedną rzecz. Też była wtedy fazka na superbohaterów jak w ostatnich czasach, ale w tym wspomnieniu walczyć będzie tylko dwóch, Batman i Spider-man. O co kaman? Ja byłem bardziej fanem tego pierwszego, a jedyną zabawką z mrocznym rycerzem, była nieduża figurka bez dodatków. Człowiek-insekt był najwyraźniej bardziej kochany w Iberyjskich stronach, więc do wyboru była masa rożnych pajęczych zajebistości, z których Konrad wybrał sobie największy zestaw z dużą figurką plus mechanizmem na rękę, do którego wczepiało się spray z taką niby pajęczyną i można było tym strzelać, a cała paczka była taka, że Pan “Ja Wole Spidermana” musiał to trzymać obiema rękami. Ja sprzedać swojego faworyta nie zamierzałem za kilka bajerów, które zaraz rzuci się w kąt i tym sposobem Konrad wyszedł ze sklepu po Świętach, a ja po imieninach. Nie trzeba było dużo czasu, żebym zrozumiał jak wielki błąd popełniłem. Odeszliśmy kilka kroków od sklepu i dotarło do mnie, że nie byłem nic winny Batmanowi, a sprayem z pajęczyną można było kurwa strzelać. Pamiętam ten moment zaskakująco wyraźnie, spojrzałem na swoją zabawkę, którą trzymałem w jednym ręku, potem na wielki prezent, który wybrał Konrad i wybuchnąłem szczerym i niepohamowanym płaczem, który sprawił, że konsekwencje mojej nietrafionej decyzji szybko przeszły do przeszłości, bo rodzice niewychowawczo kupili mi to co dostał mój przyjaciel. Jeszcze tego samego dnia wystrzelaliśmy całą pajęczynę i cały mechanizm rzuciłem w kąt, a figurka człowieka pająka, mimo wielkości, ustąpiła superbohaterowi, który polegał na technice, kurwa jak to się elegancko spieło podtekstowo tematycznie.

Lekcja = Batman > Spider-man

Dodaj komentarz

Zamknij