Dzieci wesoło wybiegły ze szkoły…

Dzieci wesoło wybiegły ze szkoły…

Nowy dom położony z dala od miejskiego życia stwarzał nowe możliwości, można było grać w nogę na trawie, jeździć rowerem po piaskowej drodze (idealna do driftowania, a po to się wtedy jeździło) i na przykład strzelać z wiatrówki do młodszych dzieciaków (w tym wypadku, nas).

Ja z Marcinem, ziomkiem mieszkającym kilka domów dalej trzymaliśmy się od przedszkola i często razem się bujaliśmy, ale jego sąsiad, starszy chłopak, o którym w najlepszym przypadku można powiedzieć “ciekawy”, a w każdym innym “zjebany”, nie przepadał za dziećmi, albo akurat za nami. Kiedyś z Marcinem siedzieliśmy sobie na huśtawkach przy moim domu nikomu nie robiąc żadnej krzywdy, a trzy działki dalej na posesje wyszedł Samotny Strzelec (domy stoją w rzędzie, a w tamtych czasach ludzie nie sadzili tak drzew, żeby się odgradzać, wiec było widać kilka działek dalej co ktoś robi). Dopiero dostał swoją nową zabawkę i jak tylko załadował śrut spokojnie wycelował w lekko ruchome cele, my spokojnie przyglądaliśmy się naszemu snajperowi, a kiedy usłyszeliśmy świst i dźwięk przebijanych liści, które były za nami spokojnie jak na wojnie oddaliliśmy się z miejsca zdarzenia. Teraz, również spokojnie zastanawiam się co by było gdybym dostał w oko i został pierwszym piratem na wiosce, ale nic takiego się nie stało wiec bez sensu, nawet nie mam gościowi tego za złe. To była pierwsza i ostatnia strzelanina na dzielni, bo akcja więcej się nie powtórzyła, więc może ktoś z jego rodziny był świadkiem tego usiłowania przestępstwa, może był wdzięczny za brak przypału, bo nie nakablowaliśmy na niego (wątpię), a może z innego powodu, ale niedługo później typek wyprowadził się i nigdy już go nie widzieliśmy.

Są jeszcze pojedyncze migawki, które z jakiegoś powodu zapamiętałem. Pokrótce, bez chronologii i rozpisywania wypisze dla uwiecznienia. Pamiętam, atak psa sąsiadów na siostrę, która stała na płocie i coś do niego gadała (naiwne stworzenie), odskoczyła skubana w ostatnim momencie, ale łapą dostała po twarzy. Chodziła potem oryginalnie z “trzema paskami” na buźce. Wyglądała groźniej niż ja kiedykolwiek w swoim życiu.

Gleba ziomka, bezpośredniego sąsiada, bezpośrednio na mnie (a gość był starszy o rok i większy ze dwa razy) wyjebało mi powietrze z płuc szybciej niż mogłem powiedzieć najważniejsze polskie słowo (którego i tak nie używałem wtedy), a Alik patrzył tylko z wielkim znakiem zapytania na twarzy jakby pierwszy raz widział rybę na lądzie (jak ktoś to przeżył to wie o co chodzi, ciężko złapać oddech, mimowolne szybkie i płytkie wdechy). Potem z kolei większy kolega wjebał się na samochód rowerem, także karma wraca.

W ogóle w czasach kiedy na rowerach jeździło się dla przyjemności (może to tylko ja, może nadal się jeździ) driftowanie i jeżdżenie na tylnym kole było absolutną podstawą. Jak ktoś się pytał czy może się “karnąć” (przejechać), a każdy się pytał, to test czyjegoś roweru polegał na rozpędzeniu się i zarzuceniu dupą jak Beyonce (wspomniany drift). Mistrzem jazdy na tylnym kole nie byłem, ale to nie przeszkodziło mi w przejściu do kolejnego etapu, czyli stawaniu na przednim kole (rozpędzić się i mocno, ale nie za mocno zahamować przednim hamulcem). To właśnie tej sztuczki uczyliśmy się miedzy innymi z Alikiem i może dodanie samochodu do tego tricku miało być magnum opus mojego sąsiada, a może po prostu zapomniał, że lepiej machać dupą niż pracować głową (zaskakująca ilość ludzi w to wierzy, chociaż w tym przypadku to akurat prawda).

Mniej więcej wtedy urodziła mi się druga siostra i kiedy trochę podrosła otworzyliśmy cyrk, domowy cyrk 24/7. Ojciec jak był w domu to latał z kamerą/aparatem albo zgrywał filmy z wypożyczalni na płytki, żeby nie trzeba było wypożyczać dwa razy tego samego, mama biegała starając się nas wychować i przy okazji ogarnąć dom, bo co chwilę przychodzili jacyś goście albo my do gości jechaliśmy, a “z brudnego domu wyjść nie można”, jej słowa, a siorki przebierały się za wróżki, księżniczki i inne baletnice i robiły występy teatralne (właściwie to przebierały się cały czas, a tylko czasami były występy), ale zostając przy występach ja też pamiętam jeden popis. Bryan Adams. To był numer jeden na mojej ówczesnej playliście. Byłem oczarowany rockowym brzmieniem Kanadyjczyka i jakbym w tamtym czasie dostał się na jego koncert pewnie krzyczałbym jak laski na Beatlesach. Zainspirowani, kiedyś z Konradem, przebrani za gwiazdy rocka (postawione włosy w irokeza, kamizelka, jeans – heartbreaker 100%) udając, że gramy na instrumentach zagraliśmy jego koncert z playbacku. Majtki, nie poleciały, ale wtedy był dla nas tylko “…rock’n’roll”.

Poza tym były spacery, o Boże jak ja nie cierpiałem spacerów. Głównie z powodu miejsca, w którym się odbywały, w lesie. Rodzice chcieli chyba trochę spokoju, ale my woleliśmy miasto. Tam się zawsze coś działo, można było zjeść naleśniki, albo namówić na cole i generalnie więcej życia, a w lesie były tylko liście, szyszki i patyki, które po kilkunastu wypadach się znudziły, a towarzystwo – rodzice i dwie młodsze siostry. Z pustego nawet Salomon nie poleje. W każdym, kiedyś obraziłem się na tych egoistycznych wychowawców za kolejną wyprawę na łono natury i stwierdziłem, że najlepszą zemstą będzie ucieczka i ukrycie się, żeby zaczęli się o mnie martwić. Plan odważny, ale wykonanie mniej, bo nie chcąc tracić rodziców z oczu, chodziłem za tą zgrają ukrywając się za drzewami i krzakami, myśląc, że poruszam się bezszelestnie i niezauważalnie jak jebany ninja. W rzeczywistości jednak musiało to wyglądać jak scena skradania się ze starej amerykańskiej kreskówki, pewnie całkiem żałośnie muszę przyznać po fakcie, biorąc pod uwagę obrażoną minę z jaką to robiłem. Zdziwiony brakiem reakcji i zbity z tropu przez niespodziewaną obojętność na moje zaginięcie, wróciłem zrezygnowany, a nasza mała wycieczka trwała aż do elektrowni, czyli kurwa najdalej na świecie.

Mądry człowiek to taki, który zanim rozpędzi się i gwałtownie zahamuje przednim hamulcem założy kask. Bądź mądry, załóż kask, zapnij pasy, kup gumki i nigdy nie bierz ślubu 😉

Dodaj komentarz

Zamknij