Hand of God ’86

Hand of God ’86

Dokładnie nie pamiętam czy na ten obóz pojechałem przed pójściem do podstawówki czy już jako szanowny student najlepszej szkoły w niedużej wsi, która była również jedyną szkołą w tej miejscowości. Polska mistrzem Polski. Jeżeli uczeń to musiały być wakacje. W każdym razie na pewno po przeprowadzce za miasto. Domek obok domku, amerykańskie suburbia w polskim wykonaniu, zamiast boiska, pole i krowy, zamiast asfaltu piach, ale nie ma co narzekać upgrade do mieszkania w domu. 

W każdym razie idea była wręcz diabelska na tamte czasy. Chodziło o to, że miałem się uczyć w wolnym czasie, który mógł być poświęcony na zabawę przecież. Był to wtedy dla mnie absurd nad absurdy mniej więcej na poziomie oskarżenia szwedzkich aptek o rasizm przez za jasne plastry (true story). Koniec końców na obóz pojechałem nie z kim innym jak z Konradem i nadmienionym wcześniej Pawłem, który zresztą będzie głównym bohaterem tego krótkiego wspomnienia. Spośród pojedynczych obrazów jak kilkusetletnie drzewo i bajki po angielsku, z których rozumiałem yes, no, thank you i ass, o kocie co zmienił kolor i to, że wywaliłem jednego klapka przez okno z pokoju, w którym mieszkaliśmy, nie pamiętam czemu i jaki był cel, ale pamiętam, że poszedłem po niego następnego dnia i okazało się, że spadł centralnie na gówno. Shit happens. Takim sposobem straciłem klapka. 

W każdym razie, jedno ciekawe wydarzenie zasługuje na małe rozwinięcie. W przerwach od nauki graliśmy w nogę z jednym z nauczycieli. Skurwiel straszny bo grał z nami jakbyśmy byli w kwiecie wieku i grali w juniorach Barcy, gość koniecznie chciał nam udowodnić jaki z niego Ronaldo. Walił takie bomby ze pozycja bramkarza była czymś w rodzaju japońskiego pilota kamikaze. Z każdym wygranym meczem z 6/7 latkami (bo podejrzewam, że tyle wtedy miałem) musiał mentalnie wręczać sobie Złotą Piłkę i mówić “Jestem najlepszy”, nie ma co gość był numerem 1 w całym obozie dla dzieci… a to wszystko jeszcze skubany łączył z pracą, czyli włączaniem małolatom bajek na video kasetach (tak, tego typu nauczyciel). Wracając. Ja całe szczęście na budzie nie stałem, ale stał Paweł, bo Konrad zarekomendował go na pilota kamikaze (“thanks a lot, mate” Paweł, 2001). Paweł jak się okazało dobrym bramkarzem rzeczywiście był, bo niczym Petr Czech stawiał obronę bramki nad własne zdrowie. Udowodnił swoje poświęcenie kiedy nasz nauczyciel, niespełniony piłkarz zawalił bombę jak Tsubasa na naszą bude, której dzielnie bronił Paweł. Cały impet uderzenia przyjął na brzuch i autentycznie wleciał z nią do bramy z taką miną jakby dostał szoku pourazowego. Podbiegliśmy do naszej ostatniej linii obrony, jebanego Rejtana, który ledwo łapał oddech bo z płuc wywaliło mu całe powietrze i próbowaliśmy się porozumieć, ale było to niemożliwe przez kilkanaście dobrych sekund… Paweł przeżył misje samobójczą i mam nadzieje, że co go nie zabiło to go wzmocniło. Możliwe, bo następnego dnia dalej rżnęliśmy w gałe, a Paweł z nami. Już nie na bramce co prawda.

Jak jesteś kozakiem wśród leszczy, to jesteś tylko hat-trick leszczem. Stay true. Challange yourself.

Dodaj komentarz

Zamknij