It’s raining toys

It’s raining toys

            Spokojna ulica na obrzeżach miasta. Mieszanina domków i niskich bloków mieszkalnych łamiących komunistyczny kanon piękna spadzistymi dachami. Między bloczkami, a wielkimi murami więzienia, które skutecznie obniżało cenę pobliskich nieruchomości było małe patio z placem zabaw i parkingiem. Ja chłopiec w myszkamikowej bluzie, mieszkałem w bloku na ostatnim piętrze (to nie był jakiś bardzo wyskoki blok, chyba 5 piętro), postanowiłem razu pewnego, że będę zrzucał z okna cukierki innym dzieciakom (przynajmniej od nich się zaczęło) na chodnik pod blokiem. 

            Nie pamiętam czym było spowodowane to zachowanie. Czy była to chęć dzielenia się z innymi, jakiś napływ łaskawości czy może po prostu sprawiało mi przyjemność patrzenie z góry na resztę dzieciaków, z mojej małej bazyliki. Pomijając to dobre pytanie, które zajebiście wiąże się z muśniętym tematem chrześcijaństwa i boskości – czy wynikało to z dobroci czy raczej z próżności. Ja, mający początek i koniec, stałem się niczym bóg, zrzucający z nieba różne błogosławieństwa w postaci cukierków, chrupek i czipsów (warto dodać ze luzem, nie w paczkach, dlatego nikt ich nie jadł bo spadały na ziemie, ale przecież chodzi o gest). Po pewnym czasie (praktykowałem ten zwyczaj wówczas już od przynajmniej kilku dni) skończyły mi się słodycze, moja moc miała limit. Jednak jako dzieciak z wielkim sercem, który cenił sobie dobro innych ponad swoje własne (tego się trzymajmy), postanowiłem poświęcić część moich zabawek moim wyznawcom… znaczy dzieciom na placu. Jaka była radość, jaka euforia kiedy latały przeróżnej wielkości zabawki i roztrzaskiwały się o bruk pod blokiem. Tylko mała część przetrwała mój preferowany sposób dostawy, ale to bez znaczenia. Teraz wiem że gdyby jedne z tych większych zabawek spadły komuś na głowę mógłbym się w mgnieniu oka z łaskawego boga stać się tym okrutnym, ale “dzięki bogu” nic takiego się nie stało. Co się stało natomiast i co zakończyło moje niebiańskie królowanie to skarga innych mieszkańców, nie tyle o niebezpieczeństwo jakie stwarzały latające zabawki ale o bałagan jaki się tworzył pod klatką. Razem z niewiastą, która mnie urodziła musiałem to wszystko posprzątać i tym sposobem zrozumiałem, że bycie bogiem jest ciężkie, wiąże się z odpowiedzialnością i sprzątaniem po sobie całego powstałego pierdolnika, więc to nie dla mnie.


            Jednak kiedy nadarzyła się okazja na zrzucenie starego głośnika, który zalegał u mojego przyjaciela Konrada, który mieszkał drzwi w drzwi, natychmiast ją wykorzystaliśmy i pozbyliśmy się ciężkiego sprzętu już-nie-grającego, w sprawdzony sposób. Wyrzucając go na ziemię z ostatniego piętra. Tym razem kierowani nieskończoną mądrością zrobiliśmy to po drugiej stronie bloku, tam gdzie prawdopodobieństwo pojawienia się przypadkowych ofiar było minimalne, a podnóże naszego Olimpu było pokryte trawą. Głośnik ważył tyle, że musieliśmy go podnieść we dwójkę, ale efekt nie był tak ciekawy jak się spodziewaliśmy, bo głośnik nie wyjebał jak granat tylko wbił się w ziemie. Surprise. No, ale co lepszego mogliśmy z nim zrobić? Familia się dowiedziała i znowu kara. End of story, gods are dead.

Lekcja, chcesz się bawić w boga, bedziesz musiał po sobie posprzątać. Kurwa nawet to mądre jest.

Dodaj komentarz

Zamknij