Mały Neron

Mały Neron

Ogień. Ogień i wybuchy to coś co kochałem, prawdziwą i głęboką miłością. Od momentu, w którym mój mózg połączył znaczenie obrazka ognia na dezodorancie z tym przed czym ten obrazek ostrzegał, ogniem. To nie mogło się potoczyć inaczej. Każda alternatywna wersja mnie w końcu zrozumiałaby, że dezodorant rzuca mi wyzwanie, ostrzegając przed podpaleniem. W ten sposób moje id, Freudowski popęd śmierci czy inne psychologiczne brednie znajdowały ujście.

Igranie z ogniem, zaczęło się od klasycznego “miotacza ognia” jak to wtedy nazywałem, czyli psikania łatwopalną substancją na płomień z zapałki albo zapalniczki. Taka poręczna kontrola nad żywiołem pozwalała skoncentrować niszczycielski promień w wybranym kierunku, na przykład na mrowiska, żuki czy inne biedne stworzenia, ale szybko (zrozumiałem okrucieństwo swojego zachowania) zacząłem znajdować sobie coraz nowsze “projekty” i pogłębiałem swoją płomienną obsesję, co w końcu zaowocowało wspomnianym już podpalaniem dezodorantu, całego dezodorantu, początkowo owiniętego papierem toaletowym, nawilżonym substancją z przyszłej bomby, co stwarzało jednak problem w postaci ilości zużywanego papieru i nieakceptowalnej szansy na niewypał, dlatego dodana była później benzyna w celu ulepszenia procesu. Na tym etapie osiągnąłem właściwie, powiedzmy 90% skuteczność w tworzeniu takich domowych wybuchów. Zostałem badaczem natury, skupionym na jej niszczycielskim aspekcie. Robertem Oppenheimerem dla mrówek i innych robaków, a kompanem dla znajomych fascynatów przyrody, czyli kolegów.

Miłość do ognia, rozprzestrzeniła się po kumplach jak, ognień na suchym polu jakiegoś zboża. Bardzo konkretny przykład, wiem. Szybko każde spotkanie musiało być przypieczętowanie aktem spalenia czegoś. Fun times. Poza tymi dezodorantami stosowaliśmy saletrę z cukrem, której gwałtowny i wyjątkowy sposób płonięcia początkowo jedynie obserwowaliśmy, jak na prawdziwych naukowców przystało, a co później znalazło praktyczne zastosowanie w między innymi tworzeniu “rakiet” z kapsli (pomysł nie autorski, PRL, zasłyszany od ojca), czyli wsypywaniu do kapsla po wódce mieszanki, zamknięciu w szczelny sposób i zrobienie dziurki/dziurek w spodzie. Po podpaleniu jeżeli wszystko było dobrze zrobione nasz Apollo kręcił się, leciał i świszczał, piękna rzecz, ale muszę przyznać, że wysyłane przeze mnie misje w kosmos w większości kończyły się niepowodzeniem i po prostu płonęły na ziemi, wada konstrukcyjna, której nigdy nie naprawiłem, może z powodu braku motywującej rywalizacji ze Związkiem Radzieckim, może nie, ale przecież ogień miał nadal tyle innych zastosowań. Tworzenie wyrzutni ziemniaków z plastikowej rury, zatkniętej z tyłu czym się dało i sporej ilości saletry z cukrem pomiędzy zatknięciem, a wepchniętym ziemniakiem (podpalane przez małą dziurkę, nie zadziałała :/ ), napalmu, czyli mieszania benzyny ze styropianem, który podczas kontaktu z substancją, która najwyraźniej należy wyłącznie do Amerykanów topił się i w ten sposób otrzymywaliśmy kleistą, łatwopalną, zielonkawą substancję, gotową do zrzucenia na wietnamską dżungle.

Creme de la Creme całej piromanii były jednak wybuchy. Relatywnie kontrolowanych eksplozji dokonywaliśmy przy domu, w piaskownicy (raz wyjebało aż się taki mały grzyb z dymu zrobił), w polu, w lesie (w którym leżały podobno rozkładające się zwłoki starszego gościa, który zszedł podczas spaceru na zawał, tak nam powiedział tata mojego przyjaciela Konrada, ale my, chyba całe szczęście go nie znaleźliśmy) i ogólnie gdzie uważaliśmy, że jest bezpiecznie od przypału. Następny krok na ścieżce spalania był punktem kulminacyjnym w moim romansie z ogniem. Tak jak Rzym płonął dla Nerona tak pluszaki moich sióstr dla mnie. Rozpruwane, nafaszerowane dezodorantem, oblane benzyną, były najlepszą zabawką jaka w tamtym okresie dla mnie istniała. Jeden z pluszaków został nawet marynarzem i dokonał żywota jak prawdziwy kapitan, razem ze statkiem na pełnym stawie. Na moje szczęście siostry miały całkiem sporo takich miśków, a ja sprytnie wybierałem te najbrzydsze, których nikt nie szukał… Mroczne, ale zapewniam, jestem absolutnie i całkowicie zdrowy psychicznie, bez tendencji do autodestrukcji albo nadmiernego ryzyka.

Moja mama zawsze mówiła, że dobra zabawa jest wtedy jak nikomu nie dzieje się krzywda. Mi się nigdy nic nie stało, kolegom też nie, wiec to musiała być dobra zabawa, ale żeby uczcić jej słowa mądrości, niech to będzie lekcja z tego wpisu.

Dodaj komentarz

Zamknij