Od pasera po nudyste

Od pasera po nudyste

Poza Konradem, moim przyjacielem od kołyski, miałem dwóch dobrych ziomków na osiedlu, jeden z nich to Krystian. Krystian był… cóż jak typowy Krycha, przynajmniej dla mnie. Pełen energii, wiecznie na rowerze, z krzywą jedynką przez co zawsze jak mówił to gwizdał. Teraz mówiłoby się o ADHD w jego przypadku, ale wtedy jeszcze ADHD nie wymyślono, więc to był po prostu taki wariat co jak gdzieś szedł to biegł, parafrazując klasyka. 

Razu pewnego bawiąc się u Krystiana w domu, powiedział mi o wraku samochodu, który stoi niedaleko. Krystian z wrodzonym talentem pasera, zdradził mi, że możemy odczepić od niego koła i sprzedać w pobliskiej wulkanizacji. W domu miał już jedną oponę, którą jak powiedział zakosił z tego opuszczonego samochodu. Zachęcony jego wcześniejszym powodzeniem i wiecznie szukający przygód zgodziłem się na propozycję powtórzenia całej akcji. Na początek jednak postanowiliśmy sprzedać wcześniej zdobytą przez Krystiana oponę w wulkanizacji. Z poważną miną biznesmenów poturlaliśmy oponę pod budynek z napisem “Wulkanizacja”, a Krystian jako urodzony handlowiec zaczął rozmowę ze stojącym przy wejściu kolesiem od bezpośredniego pytania niczym prawdziwy rekin giełdy z Wall Street; “Za ile by Pan kupił od nas tą oponę?”. Właściciel, kierownik czy inny chuj, rzeczywiście chciał oponę kupić, zerknął eksperckim okiem i wycenił zdobycz na jakąś niewielką kwotę. Krystian-paser oburzony odmówił licząc na prawdziwe kokosy. Nie tracąc nadziei, powiedział do mnie – leszcza w dziedzinie handlu częściami samochodowymi, że przyjdzie później i sprzeda ją drożej. W każdym razie plan kradzieży osieroconych kół pozostał w naszych głowach i zdecydowaliśmy się go zrealizować gdy tylko od-turlaliśmy z powrotem oponę do domu Krystiana.

Cała akcja była przeprowadzona w dzień, ale niedługo miało zachodzić słońce. Przedarliśmy się przez chaszcze miedzy działkami, przeskoczyliśmy płot i byliśmy przy wraku, który stał przy całkiem używanym budynku w przeciwieństwie do samochodu, który staraliśmy się okraść. Jak się okazało, kradzież kół to nie taka łatwa sprawa, a opona (sama opona!) w domu mojego kolegi-handlowca (jak później się domyślałem) wcale nie była zdobyta w taki nielegalny sposób, zważywszy na jego brak umiejętności demontażu auta. Sfrustrowani niepowodzeniem, musieliśmy wyładować negatywne emocje na porzuconym jak się nam wydawało samochodzie rozbijając pozostałe jeszcze szyby, kamieniami i czy się dało. W radosnym transie destrukcji, nie zauważyliśmy nadchodzącego człowieka. Zostaliśmy nakryci. Młodociani przestępcy. Serce podeszło mi do gardła, kiedy zorientowałem się, że nie ma ucieczki. Przestraszeni i w czasach większego szacunku do dorosłych staliśmy tak jak rozkazał nam wściekły i wydzierający się na nas koleś. Straszył nas policją (karą ostateczną, bo w mojej głowie było to równoznaczne z pójściem do więzienia, daleko bym nie miał przynajmniej, bo najbliższe było 100m ode mnie). Skruszeni i przestraszeni błagaliśmy o litość, która została nam okazana, ale bez kary się tym razem nie obeszło. Słyszałem, że w Chinach wymierza się sprawiedliwość na zasadzie upokorzenia i ośmieszenia winnego (albo niewinnego). Gość co prawda był białasem z wąsem, ale z chińczykami miał coś wspólnego bo ukarał nas w kitajskim stylu. Wyrok za przestępstwo, które ładnie można nazwać “niszczeniem mienia” był jaki?

Człowiek, który nas przyłapał kazał nam się rozebrać do rosołu i tak wrócić do domu. Wahaliśmy się chwile, do momentu jak furiat zaczął się znowu wydzierać. Wolni jak pierwsi ludzie z ogrodu Eden zrobiliśmy co nam rozkazano i jedną ręką zasłaniając przyrodzenie, biegliśmy przez jedną przecznice zupełnie nago. Gdyby nie wrodzony dziecięcy nudyzm byłoby to przeżycie traumatyczne, a tak po ubraniu się w nowe ciuchy i już bez strachu o własną wolność byliśmy wręcz dumni z całej akcji, po raz kolejny unikając poważnych konsekwencji. Jakąś godzinę później wróciliśmy po zostawione przy wraku ubrania i nerwowo oglądając się przez ramię oddaliliśmy się od miejsca zbrodni. 

Dodatkowy szczegół, który pamiętam to fakt, że biegnąc przez ulicę z domu do miejsca gdzie stał nieszczęsny samochód, mijaliśmy wulkanizację, o której wcześniej wspominałem, a na widok nas biegających raz nago raz w ubraniach, jeden z pracowników głośno skomentował “Co wy tak raz z goła dupą, raz ubrani tu biegacie?!” czy coś w tym stylu. Czy nasz kat miał pedofilskie zapędy czy wychował się na takich metodach dyscyplinarnych, nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem, ale muszę powiedzieć, że od tamtej pory nie ukradłem żadnej opony.

Jak kraść to w nocy, mniej świadków jak na golasa będziesz zapierdalać.

Dodaj komentarz

Zamknij