Street struggle

Street struggle

            Zbiór krótkich historyjek, za krótkich na oddzielne wpisy. Pewnie każdy z rocznika ’95 pamięta pokemony i szał z nimi związany, prawdziwa gorączka złota. W każdym razie w niedużym sklepie niedaleko mnie była niesamowita oferta. Płacąc jedyne 20gr więcej sprzedawca szukał w paczce chipsów upragniony krążek (bez otwierania, macał jak ministranta po prostu). Oczywiście w oczach dzieci kupowanie chipsów bez dodatkowego “ubezpieczania” było absolutnie bezsensowne i tym sprytnym manewrem, sprzedawca podniósł cenę Laysów o 20gr pomijając jakiekolwiek przepisy fiskalne. Wieczne cwaniaki – to my Polacy.

            Zostając w temacie pokemonów, muszę przyznać, że nigdy nie miałem zacięcia do hazardu jak Archie Karas podczas swojego “Biegu” i pokemony traciłem w rekordowym tempie na osiedlowych turniejach. A moja odziedziczona po mamie naiwność była wykorzystywana kiedy udawało mi się zgarnąć dużą wygraną. Zostawałem wtedy oskarżany o “złe rzucenie” i zmuszony do ponownego podejścia, oczywiście często już nie tak pomyślnego. Kasyno zawsze wygrywa. Do dziś się tego nie nauczyłem…

            Pamiętam, że pewnego razu Konrad dostał na urodziny procę. Zabawka idealna dla dzieciaków takich jak my. Naszą amunicją była oczywiście jarzębina, a celem rzeczy przeróżne. Od okien w bloku, przez samochody, drzewa i ptaki, na ludziach kończąc. Strzelaliśmy zawsze z ukrycia jak angielski Robin Hood unikając świadków. Nie zawsze jednak to się udawało, a raz nie udało się siermiężnie, bo trafiliśmy osiedlowy postrach czyli chłopaka starszego o jakieś 10 lub więcej lat, który wzbudzał przerażenie u młodszych swoim wielkim cielskiem i mrocznym spojrzeniem. Nie podjęliśmy walki z procą w ręku jak Dawid walczący z Goliatem, tylko uciekaliśmy jakby pędzili byki na Encierro i po raz kolejny klatka schodowa stała się bezpieczną przystanią, która uratowała nam życie przed wściekłym Filistynem. (Z tego co przeczytałem o przypowieści o Dawidzie, to gość rozjebał solo lwa i niedźwiedzia przed ustawką z Goliatem. Czym ja mogłem się pochwalić, zalaniem mrowiska wiaderkiem wody?)

            Plac zabaw na czeskiej był wyposażony w unikalne huśtawki, których siedzenia były przyczepione do ramy stalowymi rurami, co umożliwiało po odpowiednim treningu skok z huśtawki na stojąco. Wiązało się to jednak z ryzykiem wyrżnięcia głową w ziemie przy nieumiejętnym wyskoku. Mi ani Konradowi to się nie zdarzyło, ale zdarzyło się Pawłowi. Po twardym lądowaniu na twarz Paweł zalał się krwią (z nosa) i z płaczem pobiegł do mamy. My natomiast w odpływie empatii krytykowaliśmy Pawła, ze bycie mięczakiem i jego kapitulacje z pola walki i zaczęliśmy podejrzewać Pawła o francuskie korzenie. Czyjejś krwi zawsze wydaje się mniej. Pomyśl nad tym zdaniem, bo jest głębokie jak gardło Sashy Gray.

Dodaj komentarz

Zamknij