…zapaliły papierosy, wyciągnęły flaszki

…zapaliły papierosy, wyciągnęły flaszki

  • Buda

Kontynuując temat z poprzedniego wpisu, a konkretnie temat ojca. Mówiłem o tym, że zgrywał filmy na płytki i ogólnie lubił takie klimaty foto/video. W domu mieliśmy w związku z tym odtwarzacz DVD i pełno kabli do puszczania nagrań z kamery, ale skupmy się na odtwarzaczu. Tutaj muszę zaznaczyć, że ojciec nie był najlepszym nauczycielem życia, a dzieciak obserwuje i tak się uczy. No i się nauczyłem.

Kiedyś nasz mały srebrny sprzęt DVD się zaciął czy coś się zjebało i ojciec postanowił, że terapia wstrząsowa będzie najlepszym rozwiązaniem co znaczyło, że po prostu rozjebał DVD. Nie krzyczał przy tym, że “on to naprawi”, ale od tamtej pory, płytką to można było co najwyżej poświecić odbiciem komuś po oczach i to był koniec pozytywnych zastosowań tego krążka przez jakiś czas. Ale to właśnie wtedy zobaczyłem, że można się wyładować na rzeczach martwych, bo skoro ojciec może to ja też mogę, a przy okazji to musi być całkiem dobra zabawa (pamiętam to wydarzenie bardzo dokładnie, więc myślę, że to musi być ta iskra, która rozpaliła las mówiąc poetycko). I chyba tak to się zaczęło.

Pierwszą i najdłużej maltretowaną ofiarą był mały domek na polanie, niedaleko mojego domu. Blisko właściwie, bo jakieś 300m plus minus w takiej dolinie. Kiedyś był chyba czymś w rodzaju jakiegoś miejsca chilloutu, dla ludzi którzy paśli tam konie (bo kiedyś za płotem pasły się konie, ale niedługo po naszym wprowadzeniu przeniesiono je w inne miejsce z jakiegoś powodu). Miejscówki nikt nie używał przez jakiś czas, oprócz nas małolatów np. do wysadzania pluszaków w powietrze o czym przeczytać możecie tutaj. Tak nam się wydawało przynajmniej.

Okazało się jednak, że jakaś ekipa, zaczęła przerabiać go na swój spocik. Powiedziałbym, że jakieś liceum, ale widzieliśmy ich tylko z daleka, może starsi, może studenci, ciężko powiedzieć, szczególnie, że byłem wtedy jeszcze małym gnojkiem. Nieważne w sumie, dla ułatwienia będę ich nazywał gruszkami. No właśnie, gruszki pomalowały ściany wewnątrz, wstawili meble i okna, a nawet od tyłu zrobili taką przeszkloną ścianę z całkiem ładnym widokiem porośniętego, (ale jednak) stawu. Niestety, mieszkaliśmy za blisko tego domku, żeby mógł być spokojnym zaciszem na długo.

Przez jakiś czas miejscówka była ich, mogli się cieszyć nią przez przynajmniej kilka miesięcy, nie pamiętam ile dokładnie, ale mam nadzieje, że jak najdłużej. Ale wszystko co dobre, kiedyś się kończy, a my jako narzędzie w rękach elementarnych zasad tego świata tj. ja, Marcin, Alik i chyba ktoś jeszcze w końcu poszliśmy już nie tylko popatrzeć sobie jak się ładnie nasze gruszki urządziły, ale nowo wstawione i zamknięte drzwi nam w tym przeszkadzały. Poparzyliśmy przez przeszkloną ścianę z tyłu i mimo, że nie zobaczyliśmy wszystkiego dokładnie (bo domek był na lekkim podwyższeniu z takich dużych cegieł), to widać było, że baze mieli pierwszego sortu. Dopiero po czasie uświadomiłem sobie, że na prawdę ten domek musiał być zajebistą miejscówką dla licealistów. Mieli duże łóżko, dobry widoczek, relatywną prywatność i spokój plus nigdy nie było rodziców. Szkoda.

Szkoda, bo wzięliśmy kamienie i rozjebaliśmy szklaną ścianę, a potem wrzuciliśmy gówno (nie nasze!) do środka. I po balecie. Wstawienie nowej szklanej ściany, było chyba za dużym obciążeniem finansowym, dla licealistów, a gówniany smród nie pomagał i tak, gruszki opuściły swoją kryjówkę, gdzie mogli chillować, pić, pieprzyć się bez żadnego przypału, zabierając większość mebli i wartościowych rzeczy ze sobą. A to wszystko przez bandę gówniarzy i w tym przypadku to jest nawet gra słów. Opuszczona i niczyja, chatka stała się miejscem gdzie zamiast budującej socjalizacji, dochodziło do niszczycielskich zachowań, raczej anty-socjalnych w swojej naturze. Do domku w dolinie przychodziliśmy regularnie, z siekierą i innymi rzeczami jak młotkiem, nożem itp, ale głównie z siekierą i bawiliśmy się wyłącznie w pierwszy etap z programu “Dom nie do poznania” – wyburzanie. Ściany, podłogi, drzwi, reszta szyb wszystko było do zniszczenia. A my kochaliśmy niszczyć. Taki wiek chyba.

Po raz kolejny możliwość na radosne niszczenie pojawiła się kiedy pojechałem do kolegi z klasy, który miał ksywę Zioło (od nazwiska). Niedaleko jego domu była budowa. Niedokończony dom, same cegły i drzwi. Nasza ciekawość kazała nam się dostać do środka. Na przeszkodzie stały jednak kłódki. Całe szczęście zaradni włamywacze jakimi byliśmy znaleźli na to sposób. Nic finezyjnego, po prostu waliliśmy metalowym prętem aż kłódka puściła. Czując niesamowitą satysfakcje ze złamania pierwszego “poważnego” zabezpieczenia, postanowiliśmy rozbroić wszystkie kłódki jakie były w pustostanie w rekordowym czasie jak jebany Houdini. Rozwalając kolejne robiliśmy sporo hałasu, tak że zainteresował się tym koleś, który mieszkał obok. Okazało się, że to ojciec kolegi Zioła, który był wtedy z nami. Zioło poinstruował go ze wina za tą zbrodnie nie może spaść na nas i w razie czego ma powiedzieć, że nic nie wie. My wymknęliśmy się tyłem z ceglanej pułapki, a lojalny kumpel osłaniał nasz odwrót zagadując swojego ojca. Musiał się postarać, bo do inspekcji nie doszło. Ta bezkarność nakręcała śmiałość w niszczeniu do punktu kulminacyjnego w gimnazjum, kiedy destrukcyjna natura mogła rozwinąć skrzydła jeszcze bardziej, ale to opowieść na kiedy indziej.

Teraz jeszcze, krótka akcja z tego samego okresu, czyli końcówki szkoły podstawowej. Zakazany owoc jakim był alkohol, był dla mnie dostępny u rodziców tylko w formie małego łycza z kieliszka, dziadek natomiast, były wojskowy był innego zdania. Ale krótki wstęp. Jako małolat uwielbiałem klimat rycerzy i średniowiecza. Wspomnianemu dziadkowi, czyli od strony ojca się to podobało, bo sam interesował się historią. Kiedyś było takie piwo Jurand. Na etykiecie był rycerz, Jurand właśnie, o którym chętnie opowiedział mi dziadek, że Krzyżacy wydłubali mu oczy, tyle zapamiętałem w każdym razie. Naturalnym więc było, że alkoholu, którego spróbować chciałem najbardziej było piwo Jurand.

Dziadek, bratnia dusza w dziedzinie historii, kupował puszkę i odlewał mi szklankę jak przyjeżdżałem do nich na działkę. Taki zajebisty był z niego dziadek. Wpierdalałem świeżo zerwany groszek, łapałem stonki i piłem sobie zimnego browara w słoneczku, piękna prostota. Ale szklanka to za mało. Buntownicy z wyboru, postanowili, że ogarnął sobie całą puche. Pióro, ziomek z klasy, który jest fenomenem samym w sobie i zasługuje na dedykowany wpis (który dostanie), był zaznajomiony ze schematami myślenia lokalnych żuli (globalnych pewnie też) i szybko przekonał jakiegoś typka spod sklepu, żeby za darmowego browara kupił nam po puszce na głowę. Skitraliśmy kontrabandę do plecaka i polecieliśmy nad jeziorko, gdzie rozpracowaliśmy pierwsze piwo na nielegalu i zaczęły się pytania “i co, czujesz coś?”. Coś czuliśmy, ale byliśmy lekko zawiedzeni faktem, że nadal potrafiliśmy przejść po krawędzi chodnika bez gleby na ryj. Do tego tanecznego stanu doprowadziłem się już dopiero po podstawówce i to też opowieść na inny raz.

Kiedyś słyszałem taki cytat: “Mądry uczy się na własnych błędach, szczęśliwy na cudzych, a głupi wcale” może coś w tym jest, bo jak się zastanowię to najpoźniej nauczyłem się rzeczy, za które długo nie miałem przypału.

Dodaj komentarz

Zamknij